wtorek, 6 maja 2014

Rozdział 1. Oczami Emily /Avery

   Z fascynacją obserwowałam trening Strażników Pokoju. Nie mogłam się nadziwić ich szybkim i zdecydowanym ruchom. Żołnierze stali, ustawieni w równych rzędach i naśladowali ruchy swojego trenera. Wyglądali jak jeden organizm. Zgodny. Jednakowy.
   Odkąd pamiętam, wymykałam się z domu, by móc obserwować ich ćwiczenia. Nie wiem, czemu to robiłam. Może, dlatego że podobała mi się siła, jaką dysponowali? Przywileje, którymi dysponowali wyżej postawieni Strażnicy? A może powodem była chęć odnalezienia wśród białych masek brata?
   W moim umyśle na zawsze pozostanie moment, w którym się żegnaliśmy. Rok temu. Tydzień po zakończeniu 60 Igrzysk Głodowych. Właśnie dowiedzieliśmy się od ciotki, że mamy ogromne długi, których nie jest w stanie spłacić. Jedynym sposobem była trwająca dwadzieścia lat praca u Strażników Pokoju. Jason sam zaproponował, że wstąpi do straży. Ciotka nie protestowała. To był pierwszy raz, gdy czułam do kogoś nienawiść. Nadal pamiętam wyraz twarzy Jasona gdy przyjechali po niego. Jego smutne, orzechowe oczy. Uśmiech, którym chciał mnie pocieszyć. I te słowa. Nie daj się.
  Otarłam spływające po policzkach łzy. To zły czas na okazywanie słabości, pomyślałam. Choć miałam tylko czternaście lat, wielokrotnie widziałam porzucane na ulicach ciała tzw. buntowników. Zostawały nimi osoby, które w jakikolwiek sposób nie trzymały się zasad. Od wagarowiczów po płatnych zabójców.
   Z rozmyślań wyrwały mnie krzyki Strażników. Pokazywali palcami szczupłą brunetkę, która znajdowała się na linii lasu, tuż za wzgórzem, na którym siedziałam. Rozpoznałam ją. Miała na imię Enobaria. Nie przyjaźniłyśmy się.
   Pobiegłam w stronę wioski. Tylko tego brakowało, by złapano mnie przez jakąś dziewczynę. Pomaganie nie było w moim stylu. Wolałam dbać o własny interes. Zresztą, czy ona wyciągnęłaby do mnie pomocną dłoń? Wątpię.
   Kilka minut później dobiegłam do wioski. Można ją było określić w dwóch słowach. Zaniedbana i brudna. Szłam do domu, równocześnie rozglądając się dookoła. Na ulicy jak zwykle porozrzucano śmieci. Ze ścian budynków odchodziła brązowa farba. Skrzywiłam się na widok, porzuconego w jednej z uliczek, trupa. Nic nowego.
   W końcu dotarłam do niczym nieodróżniającego się od reszty, niskiego budynku. Weszłam do środka. Zatrzasnęłam za sobą dębowe drzwi. Odwiesiłam swoją ulubioną, skórzaną kurtkę na wieszak. Powoli usiadłam na jednym z drewnianych krzeseł i włączyłam marną podróbkę telewizora.
- Nic ciekawego. Kolejne propagandowe wideo prezydenta – rzuciłam do stojącej za mną czterdziestoletniej kobiety.
- Gdyby nie Snow, mieszkałabyś na ulicy – powiedziała oschle ciotka.
- Gdyby nie Snow, moi rodzice nadal by żyli – przedrzeźniłam ją. Nienawidziłam w tej kobiecie wszystkiego. Piskliwego głosu, zimnych szarych oczu, a najbardziej tego, że miała mi zastąpić rodzinę.
- Już dawno straciłam do ciebie cierpliwość, Emily – stwierdziła. – Pamiętaj, że dzisiaj są Dożynki. Mam nadzieję, że zostaniesz wylosowana.
- Nie ty jedyna – mruknęłam, gdy zamknęły się za nią drzwi od sypialni. Chciałam opuścić to miejsce, a Igrzyska Śmierci wydawały się być doskonałym pretekstem.
   Z braku innych pomysłów, weszłam do łazienki, by doprowadzić siebie do porządku. Stanęłam przed lustrem i spojrzałam na dziewczynę w odbiciu. Miała kościstą i podłużną twarz. Duże, ciemnozielone oczy skupiały na sobie uwagę. Charakteryzowała ją wiecznie blada cera, nie wspominając o sinych ustach. W czarne jak smoła włosy zaplątało się kilka gałązek.
   Zdjęłam z siebie brudne dżinsy i fioletową koszulkę. Zamiast nich założyłam sięgającą do kolan granatową sukienkę. Ze starego stroju zostawiłam jedynie brązowe trampki. Spojrzałam ostatni raz w lustro. Z pewnością nie byłam kanonem piękna, ale czego można wymagać od dziewczyny z dwójki. Wyplątałam gałązki z włosów i wróciłam do salonu.
   Ciotka już na mnie czekała. Szybko doszłyśmy na główny plac. Wszystko przebiegało tak, jak co roku. Wszczepili mi coś do ciała, a następnie zapisali moje imię i nazwisko na liście. Poszłam ustawić się z resztą czternastolatków.
   Wszyscy zdawali się być podekscytowani Dożynkami. Ja także. Miałam nadzieję, że moje nazwisko zostanie wyczytane. Nawet, jeśli później umrę. To mnie nie obchodziło. Chciałam wyrwać się z tego miejsca. Raz na zawsze. W pewnym momencie dopadły mnie wątpliwości. Co z Jasonem? Jak zareaguje za dwadzieścia lat, gdy wróci do domu? Będzie dumny, że jego młodsza siostra uczestniczyła w Igrzyskach? Wścieknie się? Nigdy więcej go nie zobaczę? Przełknęłam głośno ślinę.
- Emily Bravetar!
   Tłum skupił całą uwagę na mnie. Nie daj się, nakazałam sobie. Wzięłam głęboki wdech. Uniosłam wysoko podbródek i ruszyłam w kierunku sceny. Usłyszałam jak jakaś blondynka mówi do siebie:
- Może za rok.
   Chcesz się zamienić? Proszę bardzo, pomyślałam. Stanęłam obok kobiety, która musiała być kimś w rodzaju mistrza ceremonii. Wyróżniały ją turkusowe włosy i białe źrenice. Jej strój przywodził na myśl odwrócony kwiat.
   Zawołała drugiego trybuta, ale ja nie zwracałam na to uwagi. Interesowała mnie przyszłość. Miałam wiele wątpliwości. Jak będą wyglądać treningi i same Igrzyska? Czy sobie poradzę? Czy ja… przeżyję?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz