Z fascynacją obserwowałam trening Strażników
Pokoju. Nie mogłam się nadziwić ich szybkim i zdecydowanym ruchom. Żołnierze stali,
ustawieni w równych rzędach i naśladowali ruchy swojego trenera. Wyglądali jak
jeden organizm. Zgodny. Jednakowy.
Odkąd pamiętam, wymykałam się z domu, by móc
obserwować ich ćwiczenia. Nie wiem, czemu to robiłam. Może, dlatego że podobała
mi się siła, jaką dysponowali? Przywileje, którymi dysponowali wyżej postawieni
Strażnicy? A może powodem była chęć odnalezienia wśród białych masek brata?
W moim umyśle na zawsze pozostanie moment, w
którym się żegnaliśmy. Rok temu. Tydzień po zakończeniu 60 Igrzysk Głodowych.
Właśnie dowiedzieliśmy się od ciotki, że mamy ogromne długi, których nie jest w
stanie spłacić. Jedynym sposobem była trwająca dwadzieścia lat praca u
Strażników Pokoju. Jason sam zaproponował, że wstąpi do straży. Ciotka nie
protestowała. To był pierwszy raz, gdy czułam do kogoś nienawiść. Nadal
pamiętam wyraz twarzy Jasona gdy przyjechali po niego. Jego smutne, orzechowe
oczy. Uśmiech, którym chciał mnie pocieszyć. I te słowa. Nie daj się.
Otarłam spływające po policzkach łzy. To zły czas na okazywanie słabości, pomyślałam.
Choć miałam tylko czternaście lat, wielokrotnie widziałam porzucane na ulicach
ciała tzw. buntowników. Zostawały nimi osoby, które w jakikolwiek sposób nie
trzymały się zasad. Od wagarowiczów po płatnych zabójców.
Z rozmyślań wyrwały mnie krzyki Strażników.
Pokazywali palcami szczupłą brunetkę, która znajdowała się na linii lasu, tuż
za wzgórzem, na którym siedziałam. Rozpoznałam ją. Miała na imię Enobaria. Nie
przyjaźniłyśmy się.
Pobiegłam w stronę wioski. Tylko tego
brakowało, by złapano mnie przez jakąś dziewczynę. Pomaganie nie było w moim
stylu. Wolałam dbać o własny interes. Zresztą, czy ona wyciągnęłaby do mnie
pomocną dłoń? Wątpię.
Kilka minut później dobiegłam do wioski.
Można ją było określić w dwóch słowach. Zaniedbana i brudna. Szłam do domu,
równocześnie rozglądając się dookoła. Na ulicy jak zwykle porozrzucano śmieci.
Ze ścian budynków odchodziła brązowa farba. Skrzywiłam się na widok,
porzuconego w jednej z uliczek, trupa. Nic nowego.
W końcu dotarłam do niczym nieodróżniającego
się od reszty, niskiego budynku. Weszłam do środka. Zatrzasnęłam za sobą dębowe
drzwi. Odwiesiłam swoją ulubioną, skórzaną kurtkę na wieszak. Powoli usiadłam
na jednym z drewnianych krzeseł i włączyłam marną podróbkę telewizora.
- Nic
ciekawego. Kolejne propagandowe wideo prezydenta – rzuciłam do stojącej za mną
czterdziestoletniej kobiety.
- Gdyby
nie Snow, mieszkałabyś na ulicy – powiedziała oschle ciotka.
- Gdyby
nie Snow, moi rodzice nadal by żyli – przedrzeźniłam ją. Nienawidziłam w tej
kobiecie wszystkiego. Piskliwego głosu, zimnych szarych oczu, a najbardziej
tego, że miała mi zastąpić rodzinę.
- Już
dawno straciłam do ciebie cierpliwość, Emily – stwierdziła. – Pamiętaj, że
dzisiaj są Dożynki. Mam nadzieję, że zostaniesz wylosowana.
- Nie ty
jedyna – mruknęłam, gdy zamknęły się za nią drzwi od sypialni. Chciałam opuścić
to miejsce, a Igrzyska Śmierci wydawały się być doskonałym pretekstem.
Z braku innych pomysłów, weszłam do
łazienki, by doprowadzić siebie do porządku. Stanęłam przed lustrem i
spojrzałam na dziewczynę w odbiciu. Miała kościstą i podłużną twarz. Duże,
ciemnozielone oczy skupiały na sobie uwagę. Charakteryzowała ją wiecznie blada
cera, nie wspominając o sinych ustach. W czarne jak smoła włosy zaplątało się
kilka gałązek.
Zdjęłam z siebie brudne dżinsy i fioletową
koszulkę. Zamiast nich założyłam sięgającą do kolan granatową sukienkę. Ze
starego stroju zostawiłam jedynie brązowe trampki. Spojrzałam ostatni raz w
lustro. Z pewnością nie byłam kanonem piękna, ale czego można wymagać od
dziewczyny z dwójki. Wyplątałam gałązki z włosów i wróciłam do salonu.
Ciotka już na mnie czekała. Szybko doszłyśmy
na główny plac. Wszystko przebiegało tak, jak co roku. Wszczepili mi coś do
ciała, a następnie zapisali moje imię i nazwisko na liście. Poszłam ustawić się
z resztą czternastolatków.
Wszyscy zdawali się być podekscytowani
Dożynkami. Ja także. Miałam nadzieję, że moje nazwisko zostanie wyczytane.
Nawet, jeśli później umrę. To mnie nie obchodziło. Chciałam wyrwać się z tego
miejsca. Raz na zawsze. W pewnym momencie dopadły mnie wątpliwości. Co z
Jasonem? Jak zareaguje za dwadzieścia lat, gdy wróci do domu? Będzie dumny, że
jego młodsza siostra uczestniczyła w Igrzyskach? Wścieknie się? Nigdy więcej go
nie zobaczę? Przełknęłam głośno ślinę.
- Emily
Bravetar!
Tłum skupił całą uwagę na mnie. Nie daj się, nakazałam sobie. Wzięłam
głęboki wdech. Uniosłam wysoko podbródek i ruszyłam w kierunku sceny.
Usłyszałam jak jakaś blondynka mówi do siebie:
- Może
za rok.
Chcesz się zamienić? Proszę bardzo, pomyślałam. Stanęłam obok kobiety, która musiała być
kimś w rodzaju mistrza ceremonii. Wyróżniały ją turkusowe włosy i białe
źrenice. Jej strój przywodził na myśl odwrócony kwiat.
Zawołała drugiego trybuta, ale ja nie
zwracałam na to uwagi. Interesowała mnie przyszłość. Miałam wiele wątpliwości. Jak
będą wyglądać treningi i same Igrzyska? Czy sobie poradzę? Czy ja… przeżyję?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz