poniedziałek, 5 maja 2014

Rozdział Pierwszy oczami Ayshy /Glimm

           Wstałam dzisiaj bardzo wcześnie, jak zwykle w ten dzień. Dzisiaj były Dożynki. Dzisiaj dwójka młodych ludzi zostanie wylosowana na Głodowe Igrzyska, aby stoczyć walkę na śmierć i życie, z której wyjdzie tylko jeden żywy. I właśnie, dlatego się zgłoszę.
             Szkoliłam się przez całe swoje życie. Mam już siedemnaście lat i mnóstwo morderczych umiejętności. Przyniosę chwałę mojemu dystryktowi! Jak tylko dorwę się do łuku nikt nie będzie miał ze mną szans! Oczywiście na początku trzeba będzie się dołączyć do jakiegoś sojuszu. Potem będzie z górki. Rozejrzałam się po moim pokoju. Fioletowe ściany, naprawdę mi się podobały. Były w moim ulubionym kolorze. Naprzeciwko dużego, granatowego łóżka stało drewniane biurko, które było dokładnie uporządkowane. Przy mahoniowych drzwiach stała komoda wypełniona moimi rzeczami.
           Wyszłam z łóżka i spojrzałam w lustro. Moje długie, blond włosy sterczały w każdą stronę. Wyciągnęłam z szafki szczotkę, aby uczesać  je w długiego warkocza. Z komody wyjęłam białą koszulę i granatową spódniczkę. Ubrałam się i umyłam zęby.
          Poszłam do jadalni. Przy stole siedziała już cała moja rodzina. Usiadłam na krześle obok mojego brata – Toma. A on, jak zwykle próbował wyprowadzić mnie z równowagi. Na stole były wędliny, masło, mleko, płatki śniadaniowe, chleb, sery. Nie brakowało tutejszym mieszkańcom pieniędzy – Pierwszy Dystrykt jest jednym z najbogatszych w całym Panem.
          Po śniadaniu chciałam wziąć w ręce łuk, nałożyć strzałę na cięciwę, puścić ją, a to wszystko w lesie, bez innych ludzi, samotnie.
- Idę do Davida! – powiedziałam, stojąc już przy wyjściu.
- Tylko wróć szybko! Razem pójdziemy na plac – odpowiedziała mama.
          Nie znoszę jej. Mojej mamy. Po śmierci ojca zamknęła się w sobie i oprócz Dożynek nie odzywa się do mnie, ani do Toma. Cały dzień siedzi u siebie w pokoju i zamyka drzwi, żebyśmy jej nie wchodzili.  Tom robi jedzenie, a ja sprzątam dom. Sami musimy sobie radzić. A w Dożynki jest inaczej. W ten dzień mama robi za nas wszystko. I wtedy nie znoszę jej jeszcze bardziej.
         Poszłam do lasu i wyciągnęłam łuk z krzaków. To była moja tajna skrytka. Nikt tam nie zaglądał, nie szperał. Następnie założyłam na plecy kołczan pełen strzał i poszłam dalej. Wzięłam dwa kawałki drewna, przypominające małe płytki, na których namalowane były linie. Zrobiłam to ostatnim razem, kiedy tu byłam. Ustawiłam je i poszłam pięć metrów dalej. Nałożyłam strzałę na cięciwę i wycelowałam w jedną z tarczy. Trafiłam w środek, oczywiście. Kolejne dwa strzały również były celne. Zazwyczaj tak było. Schowałam łuk i kołczan w krzaki i poszłam na wzgórze niedaleko lasu.  Był tam piękny widok. Kochałam tam siedzieć na miękkiej trawie i patrzeć na zachód słońca.
             Po około godzinie pomyślałam, że muszę wracać do domu. Nie chciałam schodzić z wzgórza. Było tam pięknie. Pamiętam, że jak byłam mała mój ojciec mnie tutaj zabierał. Śpiewał mi wspaniałe pieśni i opowiadał wspaniałe historie o wróżkach. Obejmował mnie ramieniem i mocno przytulał. Potem sam brał łuk, ale on zabijał zwierzęta. Zazwyczaj była to sarna, ale czasem trafiał w ptaki.  Śmialiśmy się później i to nas bardzo do siebie zbliżało. Byliśmy z ojcem nierozłączni.
            Miesiąc po moich siódmych urodzinach tata zginął. Potrącił go jakiś niedoświadczony kierowca. Płakałam dniami i nocami. Nawet dzisiaj uronię wieczorem jedną, czy dwie łzy. Był to naprawdę okropny czas. Nie wiedziałam, jak tak przeżyje. Bez taty.
        Ta myśl mną wstrząsnęła. Wstając, przewróciłam się i nie chciałam wstawać. Myślałam o tacie. O tym, jak on mógł mnie zostawić. Jak on mógł?
        A może jestem zbyt samolubna? Może tak tata chciał? Może teraz mu lepiej? Muszę tak właśnie myśleć. Tata jest w lepszym świecie.
        Wkońcu wstałam i ruszyłam w stronę domu. Powolnym krokiem, ale się ruszałam! Otworzyłam brązowe drzwi i wkroczyłam do salonu.
- Cześć, już jestem – powiedziałam w drzwiach.
- Wkońcu! – odpowiedziała wzburzona mama – zbieraj się, wychodzimy!
- Już? – westchnęłam.
        Mama zrobiła groźną minę i wiedziałam  już, że nie warto dyskutować. Odkąd tata nie żyje mama zrobiła się humorzasta i częściej się na nas złościła niż za życia taty.
     Jednak wyglądała pięknie. Miała wspaniałą, białą sukienkę, przewiązaną złotym paskiem, a na nogach miała czarne obcasy. Tom był w perłowej koszuli i ciemnych spodniach. Wyglądał żałośnie, aż śmiać mi się chciało, ale nie mogłam tego zrobić. Mama już i tak była zbyt zdenerwowana.
      Poszłam do kolejki dziewczyn, nie patrząc co robi reszta mojej rodziny. Strażnik  wbił mi igłę w palec i przyłożył do kartki, aby krwią przyrzec, że byłam. Po tych pięciu latach już prawie to nie bolało. Przed sceną ustawialiśmy się wiekowo. Stanęłam w rzędzie dla siedemnastoletnich dziewczyn.
      Prawie wszyscy w Dystrykcie Pierwszym wyglądali bardzo podobnie. Blond włosy i szmaragdowe oczy. Ja też tak wyglądałam.
     Ręce powoli zaczęły mi się pocić. Nie uwierzyłam, że za parę minut się zgłoszę. Wszyscy zapamiętają Ayshę Koverson z Dystryktu Pierwszego. To ta siedemnastoletnia dziewczyna, strzelająca z łuku wygra 61 Głodowe Igrzyska. Pokona wszystkich 23 trybutów. Nie mogę się doczekać sławy, którą dostanę!
      Na scenę weszła Gergin Anderson opiekunka Dystryktu Pierwszego. Wyglądała żałośnie. Widziałam, jak dwunastoletnie dzieciaki, które po raz pierwszy czuły tą tremę, powstrzymywały śmiech.
      Też pamiętam swoje pierwsze Igrzyska – 56. Byłam malutką Ayshą o króciutkich blond włosach zwiniętych w warkoczyki. Stałam naprzodzie w niebieskiej sukience. Obok była moja najlepsza przyjaciółka Sarah. W rozpuszczonych włosach i różowej spódniczce. Nie pamiętałam o czym był film. Byłam zajęta. Zajęta trzęsieniem się ze strachu. Nagle zobaczyłam, że Gergin wkłada rękę do szklanej kuli z nazwiskami dziewczyn. Razem z przyjaciółką chwyciłyśmy się za ręce. Byłyśmy przerażone. Nagle usłyszałam: „Trybutką 56 Głodowych Igrzysk zostaje Sarah Firman!” Nie dowierzałam. To była ona. Moja najlepsza przyjaciółka została właśnie wylosowana na rzeź.
        Kiedy stanęła roztrzęsiona na scenie zaczęłam płakać. Weszłam na scenę i krzyczałam, że to nieprawda, żeby losowali raz jeszcze. Wtedy Sarah chwyciła mnie za ramiona i powiedziała: „Najwyraźniej tak musi być. Wypadło na mnie. Los tak kazał. Nie zapomnij mnie nigdy”.
       I jej nie zapomniałam. Kiedy jest dzień jej urodzin wystrajam stół, kładę zdjęcie Sarah na krześle, śpiewam jej sto lat i robię ciasto. Może się to wydawać dziwne, ale Sarah była dla mnie wszystkim. Nikogo oprócz jej nie kochałam tak bardzo. Uważałam ją za siostrę. Kiedy odwiedziłam ją przed jej wyjazdem do Kapitolu powiedziała: „Jak cię wybiorą to się ja się załamie. Ale ty się mną nie przejmuj. Jak wygram to będzie dobrze, a jeśli umrę to nawet lepiej. Wiesz, przecież jak ja żyje. Ja tak nie chce żyć”. Była to najmądrzejsza dwunastolatka jaką znałam.
     Sarah żyła na ulicy. Tylko w Dożynki ojciec wpuszczał ją do domu, ale i tak kazał jej matce przygotować ją na  to święto. Jej tata jej nienawidził. Kiedyś poszłam do niego i kazałam jemu wpuścić Sarah do domu, ale byłam mała i głupia. Nie wiedziałam jakie będą konsekwencje. Jej ojciec naprawdę nienawidził dzieci. Uderzył mnie w twarz a ja przewróciłam się w kałużę błota. Sarah powiedziała, abym nie mówiła swojej rodzinie, bo może być gorzej dla mnie i dla niej.
      A dziś się zgłoszę. Zrobię to dla niej.
- Witajcie, witajcie! – usłyszałam piskliwy głos Gergin i jej kapitoliński akcent – pora wybrać jednego dzielnego chłopca i odważną dziewczynę, którzy będą reprezentować ten dystrykt! Oczywiście, zaczynamy od dziewcząt! – włożyła rękę w szklana kulę i wyciągnęła malutką karteczkę – Sophia Butter!
        Z rzędu czternastolatek wysunęła się blondynka o niebieskich oczach. Wyglądała na przestraszoną. Zauważyłam, że jakaś inna dziewczyna chce się zgłosić. O nie! Nie dasz rady. Będę pierwsza!
- Zgłaszam się na ochotnika! – krzyknęłam wyrywając się z tłumu.
         Sophia wyglądała jakby chciała mi podziękować, odetchnęła z ulgą i wróciła do rzędu. Nie ma za co, ale zrobiłam to dla siebie.
- Ależ to prawdziwy duch igrzysk! Mamy ochotniczkę! Znowu… No cóż, jak się nazywasz?
- Aysha Koverson – odpowiedziałam pewna siebie.
- Aysha! Oto Trybutka 61 Głodowych Igrzysk! A teraz czas na panów – zanurzyła rękę w karteczkach z drugiej kuli -  Andrew Blue!

            Skądś go kojarzę, ale nie zawracałam sobie tym głowy. Myślałam o tym, jak go zabiję. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz